hodujemy w domu jednego aliena.
alien lubi moją tablicę do rysowania. ja dokonuję na niej swych dziel, a alien obgryza pisak i się do mnie przykleja, kiedy pracuję.

alien wszystko obgryza. wiadomo, chce sobie wyostrzyć zęby, żeby mógł gryźć do krwi. alien podpełza mamie do nóg, zdejmuje kapcie i gryzie w palce - stąd potrzeba ostrych kłów, żeby wywierać większy wpływ na ludzi.

alien godzinami wystaje wszędzie, gdzie się da. jak przychodzi do mojego stolika, na którym własnie konsumuję posiłek i zaczyna się opierać, to ja prędziutko się odsuwam, żeby mi alien nie zjadł niczego. no więc alien musi wtedy dreptać, żeby nie wyrżnąć w kafelki. zwykle mu się udaje. a jak alienowi paluszki odrywam od nawierzchni, której się trzyma, to - ponoć - jest niebezpiecznie, wg jakichś dziwacznych teorii rodziców. pfffffff.

alien ponadto się umi uśmiechać. lubię go - tego aliena. w końcu to moja kochana soniusia.

dziś się tak uaktywniłem twórczo:
idzie grześ koło drogi, nie ma ręki ani nogi.w połowie dnia, kiedy znacząco się drapałem w pupę twierdząc, że mnie spodenki względnie majteczki sciskają, okazało się, że nie ubrałem majteczek, jeno miałem pod spodniami rajstopy, które - w rzeczy samej - mnie uwierały. mama umarła ze smiechu. mi nie było do smiechu w żaden sposób.